Właśnie wczoraj zetknęłam się po raz pierwszy z agresywnością dziecka zupełnie małego, takiego.. niespełna dwuletniego. I mimo, że czytałam o tym i to dość niedawno w jednej z książek Tracy Hogg to pierwszy widziałam to naocznie.. Co gorsza dotyczyło to bezpośrednio mojego synka!
Prosty oto obrazek..mama idąca z synem (21 m-cy) i córką..z drugiej strony - druga mama z synem (16 m-cy). Chłopcy się znają, są sąsiadami, mamy spotykają się regularnie, często dzieciaki wychodziły razem, ale od września wiele się zmieniło. Obie mamy poszły do pracy a dzieciaki już nie miały tyle okazji co wcześniej do wspólnej zabawy. W końcu obie mamy stanęły przed sobą na odległość 2 kroków i rozpoczęły rozmowę, jedna z mam - ja, trzymałam Tymcia za rękę (uwielbiam te chwile, kiedy mały sam podaje rączkę bo chce iść ze mną..) a drugi chłopczyk ni stad ni z owąd zaczyna kopać Tymcia! Dosłownie, podszedł do niego tak blisko, że był w stanie go kopnąć i to nie raz. Tymek na szczęście odruchowo cofnął się w tył na co Samuel, bo takie imię kolegi nie zaprzestał agresywnych gestów bo podszedł i pchnął Tymcia, pchnął go na tyle, że ten zachwiał się na nóżkach. Na szczęście stałam za nim, więc oparł się na moich nogach.
Reakcja dzieciaków? Tymek: mocno zdziwiony, naprawdę wyglądał na zszokowanego i.. zaskoczonego! Nie wiedział co się dzieje aczkolwiek nie zareagował w żaden sposób a Samuel? Był bardzo z siebie zadowolony, buzia uśmiechała mu się od ucha do ucha.
Reakcja mamy? Ja - stałam i obserwowałam, w końcu nie ja powinnam dyscyplinować nieswoje dziecko, a mama Samuela? Co prawda powiedziała że nie wolno, ale jak widać nie poskutkowało, no i uważam, że jej reakcja była zdecydowanie powściągliwa..
Może jestem zbyt wymagająca, ale po przeczytaniu owej książki uważam, że inaczej mama Samcia powinna postąpić. Oczekiwałam innej reakcji. No ale jak powiedziałam: nie jestem od wychowywania cudzego dziecka, mam swojego i zdecydowanie będę potępiać zachowanie agresywne swojego dziecka. Nie mówię o żadnym biciu czy czymś w tym rodzaju, jestem ostatnią osobą, która uważa to za wychowawcze, ale pacyfikacja słowna i to taka, która w żaden sposób nie odbiera szacunku do dziecka - jak najbardziej!
czwartek, 25 października 2012
środa, 24 października 2012
Coś się kończy, by coś innego mogło się zacząć..
Dokładnie
tak postanowiłam podchodzić do kwestii o której dzisiaj chce napisać..
Od
kilkunastu dni zauważam dużą zmianę w zachowaniu mojego syna, nie jest już
dzidziusiem a coraz żwawszym, doroślejszym małym mężczyzną. Od kilkunastu dni
jego zachowanie jest inne, czytelne a wszystko co robi – robi w określony (dla
siebie) celu. Od niedawana zaczął naśladować odgłosy zwierząt, na szczęście ten
cykl powtarza się codziennie i z każdym dniem coraz lepiej mu to wychodzi.
Potrafi już naśladować kotka, psa i owieczkę. Doskonale rozumie czego nie wolno
i usiłuje mną manipulować. To takie naoczne! Wymusza, naciąga, dąży do swojego.
Ma charakterek :)
To co
jednak mnie zupełnie zaskoczyło, bo spodziewałam się oporów, bo myślałam, że
będzie ciężko, bo… tyle się nasłuchałam, to fakt, że mały sam z siebie powoli
rezygnuje z piersi. Zaskoczyło mnie to bardzo. Już dawno zrezygnowaliśmy z
karmienia dziennego zostawiając jednak karmienie na noc i nad ranem o 5.00 – 5.30
rano. Jak się okazuje moje „maleństwo” już na dobre odstawiło się od karmienia
wieczornego i zamiast cyca woli bawić się pępkiem mamy czy też tatuażem.. A
poranne? Często gęsto zwyczajnie przesypia i zdarza się, że je co drugi dzień..
Powoli dochodzi do tego, że pokarm zanika i zbliżamy się ku końcowi. Nie martwi
mnie to, cieszę się, że sam wie kiedy mu karmienie służy a kiedy nie. Nie będę
go trzymać na siłę przy cycu, ale.. no właśnie jest jedno jedyne ale.. Na
moment odstawienia wybrał kiepski pod względem pogodowym i okres typowo grypowy
a co za tym idzie szalejące wirusy i bakterie. Nie od dziś wiadomo, że dziecko
nawet, gdy spożywa niewielkie ilości mleczka mamy otrzymuje przeciwciała a
skoro z niego rezygnuje to owe przeciwciała musi sam wytworzyć a na to potrzeba
czasu. Mam tylko nadzieję, że szybciutko zbuduje swoją barierę i nie nabawi się
w międzyczasie żadnej infekcji.
wtorek, 2 października 2012
Powracające jak bumerang..
Jest taki jeden temat.. bardzo kontrowersyjny, wzbudzający ogrom emocji, pojawiający się zawsze w celu zmydlenia bądź zatuszowania tego co dzieje się w polityce. Ten temat to.. aborcja.
Niedawno znowu kwesta ta wypłynęła na światło dzienne, co rusz osoby znane wypowiadają się na ten temat i obecnie przeżywa sie wypowiedź Ani Przybylskiej, która opowiada się za możliwością pozostawienia decyzji kobiecie.. Wszyscy są w szoku, bo jak ona mogła tak powiedzieć, ona? matka trójki dzieci? To przecież nie przystoi, ale moment - zastanówmy się.. Czy naprawdę chcemy aby o naszym ciele, naszym umyśle i sercu decydowali inni? Najczęściej niestety mężczyźni? Czy oni zdają sobie sprawę z tego, czego oczekują, wymagają? A wreszcie, czy sami byliby w stanie udźwignąć ten ciężar? Ciężar niechcianego dziecka?
Osobiście sama skłaniam się ku możliwości decydowania o sobie, bo czy nie byłoby lepiej? Czy nie dążymy do tego aby matki nie zabijały nowonarodzonych maluszków? Sama jestem mamą, nie wyobrażam sobie życia bez synka, ale czy będąc w jednej z tych sytuacji byłoby identycznie?
Sytuacja 1. Padasz ofiarą gwałtu, lęk, strach, obrzydzenie do siebie i swojego ciała, siniaki i guzy się zabliźniają, ale ciągle myślisz, ciągle wspominasz, całe życie masz już wyrwę w sercu, umyśle, duszy.. I w końcu dowiadujesz się, że jesteś w ciąży, że spodziewasz się dziecka.. oprawcy! Czy byłabyś w stanie nosić je przez 9 m-cy, czy wychowywać i patrząc w jego twarzyczkę doszukiwać się TYLKO swoich cech i swojego podobieństwa.. Bo przecież nie oprawcy.. Czy w takiej sytuacji kobiecie powinno zabronić się zdecydować o sobie i swojej przyszłości? Na dzień dzisiejszy powiem: ja bym się zdecydowała, ale czy faktycznie nie miałabym z tym problemu gdyby mnie to spotkało? Nie wiem..
Sytuacja 2. Jesteś kobietą oczekującą upragnionego maluszka, wiesz, że rośnie, kochasz go z dnia na dzień i nagle okazuje się, że maluch jest chory.. Cały świat wali Ci się na głowę, lekarze nie dają złudzeń - dziecko będzie chore, będzie wymagało opieki przez całe życie.. Musisz zrezygnować z planów, z życia jakie do tej pory prowadziłeś, musisz cały świat podporządkować choremu dziecku.. Nawet nie to jest najgorsze, tylko fakt, że przyjdzie właśnie Tobie pochować swoje dziecko, przeżyć jego śmierć.. ale nie.. to nie jest najgorsze.. najgorsza jest świadomość, że gdy Ty umrzesz, a może się tak stać - Twoje dziecko zostanie samo, bez pomocy, bez wsparcia.. Czy wobec powyższego nie powinno się pozwolić zdecydować rodzicom o przyszłości dziecka wcześniej, zanim przyjdzie na świat.. Skazywać je na wieczną walkę i życie w "klatce" swojego świata? Czy sam chciałbyś tak żyć? Ja nie.. wolałabym aby rodzice wówczas nie pozwolili mi się urodzić..W tym momencie: biorąc tylko moją stronę, moją jako matki a nie dziecka - decyduje się, ale czy będąc w takiej sytuacji wzięłabym tą odpowiedzialność na własne barki - nie wiem..
Jest wiele sytuacji bardziej lub mniej tragicznych, każdego dnia kobiety muszą decydować nie tylko o sobie, dlatego uważam, że powinna mieć możliwość wyboru.. Czy nie lepiej aby taka kobieta objęta była fachową, psychologiczną pomocą, która pomoże zrozumieć jej sytuacje, odnaleźć się w niej i dopiero zdecydować. Jestem pewna, że wówczas 80% takich decyzji na nie, zostałoby cofniętych..
Sama jestem osobą "wierzącą i praktykującą", - tak to się teraz mówi. Nie uznaje kościoła jako instytucji a Kościół jako wspólnotę, do Kościoła chodzę z potrzeby serca a nie "bo tak wypada", "bo co sąsiedzi powiedzą" itd. Kościół zawsze będzie stał na straży życia poczętego i dobrze! Uważam jednak, że nie powinien wtrącać się w tą kwestię, owszem dać wsparcie, pomóc słowem, oparciem, namawiać ale nie gromić, straszyć czy przeklinać, a niestety nieraz na mszy słyszałam takie słowa..
To smutne, że tak jest..
Smutne, że wszyscy chcą decydować za kogoś..
Że kobieta pozostaje sama, wyklęta czy wykluczona bo jej decyzja nie spotkała się z aprobatą otoczenia.. To po prostu smutne..
Niedawno znowu kwesta ta wypłynęła na światło dzienne, co rusz osoby znane wypowiadają się na ten temat i obecnie przeżywa sie wypowiedź Ani Przybylskiej, która opowiada się za możliwością pozostawienia decyzji kobiecie.. Wszyscy są w szoku, bo jak ona mogła tak powiedzieć, ona? matka trójki dzieci? To przecież nie przystoi, ale moment - zastanówmy się.. Czy naprawdę chcemy aby o naszym ciele, naszym umyśle i sercu decydowali inni? Najczęściej niestety mężczyźni? Czy oni zdają sobie sprawę z tego, czego oczekują, wymagają? A wreszcie, czy sami byliby w stanie udźwignąć ten ciężar? Ciężar niechcianego dziecka?
Osobiście sama skłaniam się ku możliwości decydowania o sobie, bo czy nie byłoby lepiej? Czy nie dążymy do tego aby matki nie zabijały nowonarodzonych maluszków? Sama jestem mamą, nie wyobrażam sobie życia bez synka, ale czy będąc w jednej z tych sytuacji byłoby identycznie?
Sytuacja 1. Padasz ofiarą gwałtu, lęk, strach, obrzydzenie do siebie i swojego ciała, siniaki i guzy się zabliźniają, ale ciągle myślisz, ciągle wspominasz, całe życie masz już wyrwę w sercu, umyśle, duszy.. I w końcu dowiadujesz się, że jesteś w ciąży, że spodziewasz się dziecka.. oprawcy! Czy byłabyś w stanie nosić je przez 9 m-cy, czy wychowywać i patrząc w jego twarzyczkę doszukiwać się TYLKO swoich cech i swojego podobieństwa.. Bo przecież nie oprawcy.. Czy w takiej sytuacji kobiecie powinno zabronić się zdecydować o sobie i swojej przyszłości? Na dzień dzisiejszy powiem: ja bym się zdecydowała, ale czy faktycznie nie miałabym z tym problemu gdyby mnie to spotkało? Nie wiem..
Sytuacja 2. Jesteś kobietą oczekującą upragnionego maluszka, wiesz, że rośnie, kochasz go z dnia na dzień i nagle okazuje się, że maluch jest chory.. Cały świat wali Ci się na głowę, lekarze nie dają złudzeń - dziecko będzie chore, będzie wymagało opieki przez całe życie.. Musisz zrezygnować z planów, z życia jakie do tej pory prowadziłeś, musisz cały świat podporządkować choremu dziecku.. Nawet nie to jest najgorsze, tylko fakt, że przyjdzie właśnie Tobie pochować swoje dziecko, przeżyć jego śmierć.. ale nie.. to nie jest najgorsze.. najgorsza jest świadomość, że gdy Ty umrzesz, a może się tak stać - Twoje dziecko zostanie samo, bez pomocy, bez wsparcia.. Czy wobec powyższego nie powinno się pozwolić zdecydować rodzicom o przyszłości dziecka wcześniej, zanim przyjdzie na świat.. Skazywać je na wieczną walkę i życie w "klatce" swojego świata? Czy sam chciałbyś tak żyć? Ja nie.. wolałabym aby rodzice wówczas nie pozwolili mi się urodzić..W tym momencie: biorąc tylko moją stronę, moją jako matki a nie dziecka - decyduje się, ale czy będąc w takiej sytuacji wzięłabym tą odpowiedzialność na własne barki - nie wiem..
Jest wiele sytuacji bardziej lub mniej tragicznych, każdego dnia kobiety muszą decydować nie tylko o sobie, dlatego uważam, że powinna mieć możliwość wyboru.. Czy nie lepiej aby taka kobieta objęta była fachową, psychologiczną pomocą, która pomoże zrozumieć jej sytuacje, odnaleźć się w niej i dopiero zdecydować. Jestem pewna, że wówczas 80% takich decyzji na nie, zostałoby cofniętych..
Sama jestem osobą "wierzącą i praktykującą", - tak to się teraz mówi. Nie uznaje kościoła jako instytucji a Kościół jako wspólnotę, do Kościoła chodzę z potrzeby serca a nie "bo tak wypada", "bo co sąsiedzi powiedzą" itd. Kościół zawsze będzie stał na straży życia poczętego i dobrze! Uważam jednak, że nie powinien wtrącać się w tą kwestię, owszem dać wsparcie, pomóc słowem, oparciem, namawiać ale nie gromić, straszyć czy przeklinać, a niestety nieraz na mszy słyszałam takie słowa..
To smutne, że tak jest..
Smutne, że wszyscy chcą decydować za kogoś..
Że kobieta pozostaje sama, wyklęta czy wykluczona bo jej decyzja nie spotkała się z aprobatą otoczenia.. To po prostu smutne..
poniedziałek, 1 października 2012
Bo Ty jeszcze masz w perspektywie jeden urlop macierzyński..
Wczorajszy dzień, niedziela.. sąsiedzi zaprosili nas na kawkę i ciasto, więc ja na szybko także upiekłam ciasto i udalismy się na kawusię..
Siedzimy, delektujemy się swoimi wypiekami, obserwujemy dzieciaki, gdy nagle sąsiadka (mama dwójki dzieciaków: Natalii - 5lat i Samuela - 2 lata) zwraca się do mnie.. Magda, ale Ci dobrze.. TY to masz w perspektywie chociaż jeszcze jeden urlop macierzyński! Troszkę mnie tym zaskoczyła.. Nieraz rozmawiałyśmy, że chcemy mieć po dwójce dzieciaków. Ona, podobnie jak ja dopiero co rozpoczęła pracę, tyle, że jak stwierdziła - nie czeka jej już nic innego niż praca.. Przykre to trochę, że kobieta postrzega macierzyństwo jako ucieczkę czy odskocznię od pracy, jednak niestety obawiam się, że sporo jest kobiet, które podobnie to odbiera i odczuwa.
A ja? Ja chyba także się cieszę, że jeszcze raz będę mogła "odpocząć" od pracy, ale najbardziej na świecie cieszę się, że jeszcze raz będę mogła obdarować swoją miłością maleńką istotę..
Siedzimy, delektujemy się swoimi wypiekami, obserwujemy dzieciaki, gdy nagle sąsiadka (mama dwójki dzieciaków: Natalii - 5lat i Samuela - 2 lata) zwraca się do mnie.. Magda, ale Ci dobrze.. TY to masz w perspektywie chociaż jeszcze jeden urlop macierzyński! Troszkę mnie tym zaskoczyła.. Nieraz rozmawiałyśmy, że chcemy mieć po dwójce dzieciaków. Ona, podobnie jak ja dopiero co rozpoczęła pracę, tyle, że jak stwierdziła - nie czeka jej już nic innego niż praca.. Przykre to trochę, że kobieta postrzega macierzyństwo jako ucieczkę czy odskocznię od pracy, jednak niestety obawiam się, że sporo jest kobiet, które podobnie to odbiera i odczuwa.
A ja? Ja chyba także się cieszę, że jeszcze raz będę mogła "odpocząć" od pracy, ale najbardziej na świecie cieszę się, że jeszcze raz będę mogła obdarować swoją miłością maleńką istotę..
Kolejna minuta, kolejna godzina, kolejny dzień, tydzień, miesiąc..
To już minął miesiąc odkąd pracuję.. miesiąc podczas którego wiele się wydarzyło i tak naprawdę nadal nie wiem jak to dalej poukładać.. Czasem jestem na siebie zła, że tak to przeżywam i że jakoś nie umiem sobie wszystkiego ułożyc, bo..
nadal biegam między domem a pracą, nadal biegam od przystanku do domu i z domu na przystanek, nadal się spieszę.. a wszystko dlatego, że nadal jestem aż za nadto obowiązkowa i surowa dla siebie.. No nie umiem jakoś wyluzować, nie umiem nie denerwować sie gdy nie zdążę na pociąg do domu.. martwię się, gdy coś się dzieje a ja nie mam na to wpływu...
Moje nerwy były już wystawione na próbę podczas tego miesiąca.. Moja praca jest taka, że niestety jestem uzależniona od innych osób - współpracowników, no i niestety aby doprowadzić sprawę do końca muszę współpracować z co najmniej 4 osobami z różnych działów..No i większość osób, kobiet muszę dodać, choć oczywiście to nie reguła, rozumie mnie i moją sytuację..ale jak napisałam, nie wszyscy, no i trafiłam na takiego pana (mała litera celowa), który stwierdził, że o 13.00 idzie na obiad i nie obchodzi go fakt, że muszę czekać aż skończy, że ucieknie mi pociąg, że spieszę się do dziecka.. nie powiem, poczułam się jakbym dostała obuchem w łeb, łzy same, bezwiednie leciały po policzku.. To był dzień kiedy w domu byłam 3h później niż zwykle, ale "kolega" chociaż obiad zjadł..
Teraz, po miesiącu mogę stwierdzić, że praca jest dla mnie jedynie dodatkiem do prawdziwego życia jakim jest rodzina i mimo, że miło jest otrzymać wypłatę po roku przerwy, to jednak oddałabym każde pieniądze za spędzony czas z moim synkiem..
nadal biegam między domem a pracą, nadal biegam od przystanku do domu i z domu na przystanek, nadal się spieszę.. a wszystko dlatego, że nadal jestem aż za nadto obowiązkowa i surowa dla siebie.. No nie umiem jakoś wyluzować, nie umiem nie denerwować sie gdy nie zdążę na pociąg do domu.. martwię się, gdy coś się dzieje a ja nie mam na to wpływu...
Moje nerwy były już wystawione na próbę podczas tego miesiąca.. Moja praca jest taka, że niestety jestem uzależniona od innych osób - współpracowników, no i niestety aby doprowadzić sprawę do końca muszę współpracować z co najmniej 4 osobami z różnych działów..No i większość osób, kobiet muszę dodać, choć oczywiście to nie reguła, rozumie mnie i moją sytuację..ale jak napisałam, nie wszyscy, no i trafiłam na takiego pana (mała litera celowa), który stwierdził, że o 13.00 idzie na obiad i nie obchodzi go fakt, że muszę czekać aż skończy, że ucieknie mi pociąg, że spieszę się do dziecka.. nie powiem, poczułam się jakbym dostała obuchem w łeb, łzy same, bezwiednie leciały po policzku.. To był dzień kiedy w domu byłam 3h później niż zwykle, ale "kolega" chociaż obiad zjadł..
Teraz, po miesiącu mogę stwierdzić, że praca jest dla mnie jedynie dodatkiem do prawdziwego życia jakim jest rodzina i mimo, że miło jest otrzymać wypłatę po roku przerwy, to jednak oddałabym każde pieniądze za spędzony czas z moim synkiem..
wtorek, 11 września 2012
Podsumowanie tygodnia
Tyle minęło odkąd wróciłam do pracy i odkąd nasze życie całkowicie się zmieniło.. czy na lepsze czy gorsze? Nie umiem odpowiedzieć, ale na pewno nie jest kolorowo..Jestem wręcz wyczerpana..
Odkąd wróciłam do pracy mały źle sypia, budzi się często i popłakuje..do tego przypałętało się jakieś przeziębienie i katar uniemożliwia mu spanie, zatem ostatnie noce przesypia (chyba jednak nie mogę tak napisać, bo o spaniu nie ma mowy) na mojej klatce piersiowej.. Mimo podniesienia materacyku nadal wszystko zalega w nosku zamiast spływać.. Jestem pewna, że to przez zęby, bo pchają się na potęgę i wypchnąć nie mogą.. Dodatkowo maluszek wstaje nam o 4 rano! Nie wiem o co chodzi..
Jest także pozytyw- najwyraźniej Tymek zaakceptował już dziadka i dobrze się dogadują.. ale..no tak musi być i ale.. codziennie dziadek kładzie małego spać coraz później no a to wiąże się z podawaniem obiadu coraz później.. no nic - nie jest kolorowo i jak mój mąż dzisiaj powiedział: "cieszmy się z tego co mamy, bo tata chociaż nam mówi jak jest a niania pewnie powiedziałaby jedno a robiła po swojemu" może ma rację?
A w pracy? Praca jest i... nic wiecej nie mogę napisać.. Niestety nie jest tak kolorowo jak wyobrażałam sobie, że będzie.. a może za dużo oczekiwałam? W każdym razie potworzyły się grupki osób do których to ciężko dotrzeć, poza tym zostałam "wykluczona" z jednej takiej do której należałam i dystans aż bije po oczach.. nie powiem - ciężko mi z tym.. poza tym wróciłam do pracy w kiepskim okresie - okresie zwolnień i jak się okazuje, także w mojej grupie są osoby nie posiadające umów na czas nieokreślony i którym owe umowy kończą się w grudniu. Jedna z takich osób mocno daje mi do zrozumienia, że przeze mnie zostanie zwolniona i mam wrażenie, że nastawia innych przeciwko mnie.. Takie mam oto odczucia odnośnie najbliższych towarzyszy mojej "doli i niedoli". Oczywiscie świetnie jest obcować z innymi istotami niż roczne dzieci, ale nie jestem osobą, której radość i cel życia to praca.. dla mnie, to jedynie konieczność..
Kończę teraz ten wywód, bo oczka się kleją.. skończę później..
Odkąd wróciłam do pracy mały źle sypia, budzi się często i popłakuje..do tego przypałętało się jakieś przeziębienie i katar uniemożliwia mu spanie, zatem ostatnie noce przesypia (chyba jednak nie mogę tak napisać, bo o spaniu nie ma mowy) na mojej klatce piersiowej.. Mimo podniesienia materacyku nadal wszystko zalega w nosku zamiast spływać.. Jestem pewna, że to przez zęby, bo pchają się na potęgę i wypchnąć nie mogą.. Dodatkowo maluszek wstaje nam o 4 rano! Nie wiem o co chodzi..
Jest także pozytyw- najwyraźniej Tymek zaakceptował już dziadka i dobrze się dogadują.. ale..no tak musi być i ale.. codziennie dziadek kładzie małego spać coraz później no a to wiąże się z podawaniem obiadu coraz później.. no nic - nie jest kolorowo i jak mój mąż dzisiaj powiedział: "cieszmy się z tego co mamy, bo tata chociaż nam mówi jak jest a niania pewnie powiedziałaby jedno a robiła po swojemu" może ma rację?
A w pracy? Praca jest i... nic wiecej nie mogę napisać.. Niestety nie jest tak kolorowo jak wyobrażałam sobie, że będzie.. a może za dużo oczekiwałam? W każdym razie potworzyły się grupki osób do których to ciężko dotrzeć, poza tym zostałam "wykluczona" z jednej takiej do której należałam i dystans aż bije po oczach.. nie powiem - ciężko mi z tym.. poza tym wróciłam do pracy w kiepskim okresie - okresie zwolnień i jak się okazuje, także w mojej grupie są osoby nie posiadające umów na czas nieokreślony i którym owe umowy kończą się w grudniu. Jedna z takich osób mocno daje mi do zrozumienia, że przeze mnie zostanie zwolniona i mam wrażenie, że nastawia innych przeciwko mnie.. Takie mam oto odczucia odnośnie najbliższych towarzyszy mojej "doli i niedoli". Oczywiscie świetnie jest obcować z innymi istotami niż roczne dzieci, ale nie jestem osobą, której radość i cel życia to praca.. dla mnie, to jedynie konieczność..
Kończę teraz ten wywód, bo oczka się kleją.. skończę później..
wtorek, 4 września 2012
Mama wraca do pracy..
To był ten dzień.. pierwszy po niemal 19 miesiacach... Od dawna wiedziałam, że będzie to trudny okres..dla dziecka ale zwłaszcza dla mnie!
Nie pomyliłam się! Obudziłam się o 3.40 bo Tymcio postanowił zrobić sobie przerwę na spanie..On po jakiś 50minutach w końcu przysnął przy moim cycu a ja? Ja spać nie mogłam.. wpatrywałam się w swoje maleńkie szczęście, dotykałam jego maluśkich paluszków i ogarniała mnie przeogromna ilość uczuć, od miłości po żal i tęsknotę.. I kiedy moje chłopaki spały, ja nie mogłam się uwolnić od gonitwy myśli: jak to teraz będzie, jak Tymcio sobie poradzi, czy będzie płakał jak mnie nie zobaczy, jak będzie wyglądał jego dzień, i w końcu.. jak będzie wyglądał mój dzień.. jednak ludzie są tak skomplikowani, że jak się czymś stresują to ich organizm poddaje się owemu stresowi.. o 5. 50 zwlokłam się z łóżka, zostawiając maluszka i tego większego też.. Małego opatuliłam kołdrą i zaczęłam przygotowania.. Jakoś dziwnie szybko się uporałam i mimo, iż planowałam wybrać się na pociąg na 7.15 to mimo powolnego kroku załapałam się na pociąg na 7.01..ech.. Całą drogę zerkałam na telefon, ale nie było żadnej informacji od męża..
Jak wyglądał mój dzień? Dość stresująco.. okazało się, że wcale w firmie nie panuje miła atmosfera, jednak cięcia i redukcje etatów zaważają nad morale w firmie. Jak to określono "nikt nie jest bezpieczny". Moja kierowniczka mocno spóźniona (przybyła po 10) zarzuciła mnie pracą, bo terminy gonią.. Prawda jest taka, że i na cały etat miałabym pełne ręce roboty a pracując na 3/4 - pewnie będę zabierać pracę do domu..
A dyrektor tylko stwierdził, że szkoda, że wybrałam 3/4 etatu, bo on by wolał "pełnowartościowego" pracownika no i te moje godziny pracy.. 7 -13.. skąd ja je wzięłam, przecież nawet "państwówka" pracuje w godzinach 8-14, przecież jedna godzina nie powinna robić mi różnicy..no i pada pytanie: Czy mogłaby Pani przychodzić na 8.00?? Nie powiem, nieco mnie to wbiło w ziemię, bo się nie spodziewałam.. Odpowiedziałam, że nie wiem czy uda mi się wszystko poukładać, że póki co mogę przychodzi co najwyżej na 7.30 - no cóż.. z mojej strony to olbrzymi kompromis, a na jego twarzy zadowolenia i tak nie widziałam.. Ale.. mam to gdzieś!
Miłym i przyjemnym doświadczeniem było spotkanie "starych" współpracowników i wizyta w Kadrach... Mój dzień pracy zakończył się o 13.50, dodam tylko, że w tym czasie zjadłam jedną bułkę i wypiłam 3 kawy..ech..No a jutro? Jutro od nowa i tak przez kolejne dni, tygodnie, miesiące..
A co u Tymcia?
Nie skłamię, gdy napiszę, że co 10 minut zerkałam na telefon.. wysyłałam zapytania: czy wstał i o której, co jadł itd.. Mały wstał po 7 rano! Mój P mówi, że ciągle się wtulał, że nie chciał mu zejść z rąk, tak do śniadania i do zabawy a później się rozkręcił.. byli na spacerku, placu zabaw, mały spał 90min, zjadł brzoskwinię, chrupka, miskę zupy i wcale ale to wcale (podobno) nie tęsknił, był szczęśliwy..
A gdy w końcu się spotkaliśmy (w przychodni) spojrzał na mnie i się uśmiechnął, po czym przybiegł i rzucił mi się na szyję - cudowne uczucie.,
Czy mnie to uspokoiło? Dziwnie nie, liczę jednak, że codziennie tak będzie.. Jeszcze jutro jest z nim tata i dziadek a później.. dziadek idzie na żywioł, żywioł który nazywa się Tymek..
Nie pomyliłam się! Obudziłam się o 3.40 bo Tymcio postanowił zrobić sobie przerwę na spanie..On po jakiś 50minutach w końcu przysnął przy moim cycu a ja? Ja spać nie mogłam.. wpatrywałam się w swoje maleńkie szczęście, dotykałam jego maluśkich paluszków i ogarniała mnie przeogromna ilość uczuć, od miłości po żal i tęsknotę.. I kiedy moje chłopaki spały, ja nie mogłam się uwolnić od gonitwy myśli: jak to teraz będzie, jak Tymcio sobie poradzi, czy będzie płakał jak mnie nie zobaczy, jak będzie wyglądał jego dzień, i w końcu.. jak będzie wyglądał mój dzień.. jednak ludzie są tak skomplikowani, że jak się czymś stresują to ich organizm poddaje się owemu stresowi.. o 5. 50 zwlokłam się z łóżka, zostawiając maluszka i tego większego też.. Małego opatuliłam kołdrą i zaczęłam przygotowania.. Jakoś dziwnie szybko się uporałam i mimo, iż planowałam wybrać się na pociąg na 7.15 to mimo powolnego kroku załapałam się na pociąg na 7.01..ech.. Całą drogę zerkałam na telefon, ale nie było żadnej informacji od męża..
Jak wyglądał mój dzień? Dość stresująco.. okazało się, że wcale w firmie nie panuje miła atmosfera, jednak cięcia i redukcje etatów zaważają nad morale w firmie. Jak to określono "nikt nie jest bezpieczny". Moja kierowniczka mocno spóźniona (przybyła po 10) zarzuciła mnie pracą, bo terminy gonią.. Prawda jest taka, że i na cały etat miałabym pełne ręce roboty a pracując na 3/4 - pewnie będę zabierać pracę do domu..
A dyrektor tylko stwierdził, że szkoda, że wybrałam 3/4 etatu, bo on by wolał "pełnowartościowego" pracownika no i te moje godziny pracy.. 7 -13.. skąd ja je wzięłam, przecież nawet "państwówka" pracuje w godzinach 8-14, przecież jedna godzina nie powinna robić mi różnicy..no i pada pytanie: Czy mogłaby Pani przychodzić na 8.00?? Nie powiem, nieco mnie to wbiło w ziemię, bo się nie spodziewałam.. Odpowiedziałam, że nie wiem czy uda mi się wszystko poukładać, że póki co mogę przychodzi co najwyżej na 7.30 - no cóż.. z mojej strony to olbrzymi kompromis, a na jego twarzy zadowolenia i tak nie widziałam.. Ale.. mam to gdzieś!
Miłym i przyjemnym doświadczeniem było spotkanie "starych" współpracowników i wizyta w Kadrach... Mój dzień pracy zakończył się o 13.50, dodam tylko, że w tym czasie zjadłam jedną bułkę i wypiłam 3 kawy..ech..No a jutro? Jutro od nowa i tak przez kolejne dni, tygodnie, miesiące..
A co u Tymcia?
Nie skłamię, gdy napiszę, że co 10 minut zerkałam na telefon.. wysyłałam zapytania: czy wstał i o której, co jadł itd.. Mały wstał po 7 rano! Mój P mówi, że ciągle się wtulał, że nie chciał mu zejść z rąk, tak do śniadania i do zabawy a później się rozkręcił.. byli na spacerku, placu zabaw, mały spał 90min, zjadł brzoskwinię, chrupka, miskę zupy i wcale ale to wcale (podobno) nie tęsknił, był szczęśliwy..
A gdy w końcu się spotkaliśmy (w przychodni) spojrzał na mnie i się uśmiechnął, po czym przybiegł i rzucił mi się na szyję - cudowne uczucie.,
Czy mnie to uspokoiło? Dziwnie nie, liczę jednak, że codziennie tak będzie.. Jeszcze jutro jest z nim tata i dziadek a później.. dziadek idzie na żywioł, żywioł który nazywa się Tymek..
Subskrybuj:
Posty (Atom)